Matka Boża Różańcowa

Pompeja 1872

Bartolomeo Longo… Nazwisko błogosławionego Włocha było prawie zupełnie nieznane do 16 października 2002 r., dnia publikacji listu Jana Pawła II o różańcu. Niespodziewanie okazał się on podstawowym źródłem duchowości różańcowej, którą papież proponuje całemu Kościołowi. Ojciec Święty oparł się na doświadczeniach i przemyśleniach nie wielkich kardynałów, nie założycieli potężnych zakonów, nie wybranych przez Boga wzniosłych kapłanów-mistyków. Odwołał się do świeckiego człowieka i uczynił go wzorem pobożności maryjnej. Więcej, w swym oficjalnym dokumencie przytoczył słowa, które Bartolomeo Longo usłyszał podczas krótkiego objawienia Matki Bożej. W ten sposób nadał im rangę wiarygodności.

Objawienia Maryjne bywają różnorodne, a spotkania ludzi z Matką Bożą można klasyfikować na wiele sposobów. Najprostszy wydaje się podział według wielkości przekazanego orędzia. Mamy takie, w których słowa Matki Najświętszej wypełniają całe zeszyty prowadzone przez wizjonerów. To San Nicolás, to polskie Siekierki. Mamy też objawienia, których przesłanie mieści się w jednej linijce. Prym wśród tych ostatnich wiedzie chyba objawienie udzielone właśnie Bartolomeo Longo. Maryja wypowiedziała tylko dwa krótkie zdania: „Kto szerzy różaniec, ten jest ocalony!” oraz: „To jest obietnica samej Maryi”. Konkurować z nim może chyba tylko św. Maksymilian Kolbe…

Podziwiany przez Jana Pawła II

To Jan Paweł II wyniósł bł. Bartolomeo na ołtarze. Uczynił to w 1980 r., w drugim roku swego pontyfikatu. Już wówczas ta skromna postać musiała być mu bliska, skoro teraz, pod koniec swej służby dla Kościoła, Ojciec Święty raz jeszcze przypomniał o nim światu. Wskazał nam na osobę niezwykłą, a jednocześnie tak bardzo zwyczajną, że zastanawiamy się, czym ten włoski świecki zasłużył sobie na tak wielkie wyróżnienie – Jan Paweł II zamyka list Rosarium Virginis Mariae ułożoną przez niego modlitwą!

Wystarczy zapoznać się z ostatnimi słowami wspomnianego listu, by w naszych sercach wzbudziło się przeczucie duchowej głębi tego człowieka. Posłuchajmy, co pisze papież: „Powierzam ten list apostolski czułym dłoniom Maryi Panny, korząc się w duchu przed Jej obrazem we wspaniałym sanktuarium wzniesionym dla Niej przez bł. Bartłomieja Longo, apostoła różańca. Chętnie wypowiadam jego wzruszające słowa, jakimi kończy on słynną suplikę do Królowej Różańca Świętego: «O błogosławiony różańcu Maryi, słodki łańcuchu, który łączysz nas z Bogiem; więzi miłości, która nas jednoczysz z aniołami; wieżo ocalenia od napaści piekła; bezpieczny porcie w morskiej katastrofie! Nigdy cię już nie porzucimy. Będziesz nam pociechą w godzinie konania. Tobie ostatni pocałunek gasnącego życia. A ostatnim akcentem naszych warg będzie Twoje słodkie imię, o Królowo Różańca z Pompei, o Matko nasza droga, o Ucieczko grzeszników, o Władczyni, Pocieszycielko strapionych. Bądź wszędzie błogosławiona, dziś i zawsze, na ziemi i w niebie»”.

Z niejakim zdumieniem czytamy te słowa, mocne jak kamień. Ich autor musiał w życiu przeżyć jakieś nadzwyczajne doświadczenie, inaczej nigdy nie mówiłby do Maryi w ten sposób!

Wsłuchajmy się w inny fragment listu papieskiego: „Bł. Bartłomiej Longo stwierdza: «Jak dwóch przyjaciół, którzy często razem przestają, zazwyczaj upodabnia się również w obyczajach, tak też my, prowadząc serdeczne rozmowy z Jezusem i Maryją przez medytowanie tajemnic różańca i rozwijając razem to samo życie przez komunię, możemy, na ile byłaby do tego zdolna nasza małość, stać się do Nich podobni i nauczyć się od tych najwyższych przykładów życia pokornego, ubogiego, ukrytego, cierpliwego i doskonałego»”.

Odkrywamy podwójny sekret świętości tego człowieka. Po pierwsze, Longo był wierny „natchnieniu, które usłyszał w głębi serca”. Oznacza to, że miał bardzo wrażliwy wewnętrzny słuch, co z kolei jest dowodem na to, że prowadził intensywne życie modlitwy. Jednocześnie jego wierność usłyszanemu wezwaniu kazała mu podporządkować wszystko otrzymanej od Boga misji. A po drugie, widzimy, że był to człowiek pokorny, ubogi, cierpliwy, że wiódł życie ukryte, że starał się być doskonały, czyli święty. Bartolomeo całym sercem naśladował Jezusa i Maryję. 

Bez wątpienia jego droga stoi otworem dla każdego z nas.

Pompeja

Z czym kojarzy się nam Pompeja? Dla większości z nas pierwsze skojarzenie biegnie ku ruinom tzw. Starej Pompei – rzymskiego miasta zasypanego lawiną podczas wybuchu Wezewiusza w 79 r., będącego wielką atrakcją turystyczną południowych Włoch. Tymczasem do Pompei przybywa więcej pielgrzymów niż turystów. Rocznie odwiedza ją dwa miliony czcicieli Matki Bożej. Kierują się oni nie tyle ku szacownym ruinom rzymskiego miasta, ile ku Nowej Pompei – do sanktuarium Matki Bożej Różańcowej i jej cudownego obrazu.

Pierwsze objawienie

Pompeja, pochłonięta przez żywioł Wezywiusza, z wolna się odradzała. Powstały wokół tego miejsca ludzkie osady, życie toczyło się jak na każdym innym skrawku ziemi. Tak było do XVII w., kiedy ten rejon spustoszyła malaria. Teren został praktycznie całkowicie wyludniony, jeśli nie liczyć grup bandytów i różnych ludzi żyjących poza prawem. Wokół Pompei pozostała zaledwie garstka katolików. Tak było aż do 1872 r., kiedy na to miejsce przybył Bartolomeo Longo. Przeżył szok, widząc, jak bardzo opustoszała jest dolina Pompei. 

Niebawem jednak miał się przekonać, że ten teren wcale nie jest zapomniany przez Boga, więcej – jest „zamieszkany” przez Matkę Najświętszą! Kiedy bowiem wędrował po okolicy, przechodząc w pobliżu znajdującej się tam kaplicy, usłyszał wyraźnie jakiś głos, który powiedział do niego: „Jeśli szukasz zbawienia, zachęcaj ludzi do odmawiania różańca. To jest obietnica samej Maryi”.

Dodajmy od razu, że podczas przechadzki wokół Pompei Bartolomeo roztrząsał swoje wątpliwości w wierze. Był nowo nawróconym człowiekiem, nie wszystko było w nim utwierdzone, jasne i proste. Zasadnicze pytanie, jakie go nurtowało, dotyczyło możliwości osiągnięcia zbawienia. Matka Najświętsza dała mu jednoznaczną odpowiedź. On, jeśli miał wejść do nieba, miał się stać apostołem różańca. I stał się.

Objawienie z Pompei potwierdza nieskończone bogactwo planów Bożych i to, że, jak głosi Kościół, każdy człowiek ma swe niepowtarzalne miejsce w planach Stwórcy. Oprócz wspólnego wszystkim powołania – wezwania do świętości – każdy człowiek otrzymuje swoje własne, jedyne w swoim rodzaju wezwanie życiowe. Znamy osobiste powołanie Bartolomeo. Aż kusi, by pójść krok dalej i zapytać: Czy znamy swoje? Odpowiedź na to pytanie jest zwykle niełatwa; ufajmy, że niebo każdemu z nas ukaże w swoim czasie to, co mamy czynić, da nam też dość odwagi i siły, by uwierzyć w swoją misję i podjąć się zadania zleconego przez Boga.

Wróćmy do naszej historii. Dzień 9 października 1872 był dla Bartolomeo bogaty w przeżycia. Najpierw przeżył on szok spowodowany widokiem opuszczonej krainy. Teraz słyszy głos Najświętszej Maryi Panny, wskazującej mu drogę do nieba. Bartolomeo nie zastanawia się nawet przez moment. Jeszcze nie otrząsnął się ze zdumienia, a już obiecał Maryi, że do końca swoich dni będzie rozpowszechniać różaniec. W tej samej chwili dzwony kościelne uderzyły na Anioł Pański. Bartolomeo uklęknął do pierwszego różańca związanego ze złożoną przysięgą.

Nędzny wizerunek Maryjny

Otrzymał dwa natchnienia. Postanowił założyć bractwo różańcowe oraz zorganizować misje ludowe promujące różaniec. Dwa lata później jego nauki różańcowe zaczęły przyciągać pierwsze tłumy. Podczas rekolekcji głoszonych w Pompei ludzie zapałali taką gorliwością, że postanowili ufundować dla swej kaplicy nowy ołtarz Maryjny. Działalność Bartolomeo zainteresowała miejscowego biskupa, który słysząc o inicjatywie mieszkańców Pompei, uderzył w strunę ich dumy, przekonując, że wprawdzie podjęli wspaniałą decyzję, ale stać ich na więcej – powinni zbudować dla Maryi nowy kościół! Posunął się nawet dalej i wygłosił proroctwo, że na tym pustkowiu stanie kiedyś bazylika. 

I stało się, jak zapowiedział.

Na razie jednak w Pompei kończyły się trzydniowe, uroczyste misje, Bartolomeo czuł zaś wewnętrzne przynaglenie: musi coś zrobić, by miejscowa ludność po kilku dniach nie zapomniała o odmawianiu różańca. Postanowił kupić obraz Matki Bożej i powiesić go w kaplicy. Niebawem znalazł ładny obraz, okazało się jednak, że nie odpowiada wymogom prawa kanonicznego, które dopuszczało do kultu jedynie obrazy malowane na płótnie lub na desce. Tymczasem rekolekcje miały się ku końcowi, a on wciąż nie miał Maryjnego wizerunku! Zdecydował się szukać go w pobliskim Neapolu. Jedyny dostępny obraz Matki Bożej był jednak zbyt drogi. Pozostało mu przyjąć proponowany przez znajomego bardzo tani (ówczesne osiem karlinów było rzeczywiście drobną sumą) i lichy obraz ze sklepu z rupieciami. Był on na pół zjedzony przez robaki, a przedstawiona na nim Maryja nie była piękna. Również przedstawienie otaczających Ją świętych (Dominika i Katarzyny ze Sieny) pozostawiało wiele do życzenia. Bartolomeo wahał się, czy w ogóle go kupić. Cóż jednak mógł uczynić, skoro obiecał ludziom wrócić na wieczór z obrazem?

Obraz był zbyt wielki, by go nieść, więc Bartolomeo owinął go w płótno i wysłał do Pompei furmanką. Z braku innego transportu wizerunek Matki Bożej odbył podróż na szczycie kupy nawozu.

Wszystko to wygląda na prowokację nieba. Zapomniana Pompeja, nędzny obraz ze śmietnika, transport na górze gnoju… Ta prowokacja ma nam pokazać, jak nędznymi środkami posługuje się Bóg, by popychać do przodu swoją historię zbawienia. On, jak śpiewa Maryja w Magnificat, „patrzy na nicość”, „pysznym się sprzeciwia”. On wybiera to, na co świat patrzy z odrazą. W Betlejem była to cuchnąca grota, w Pompei – nic niewart obraz. Tam, gdzie luksusy, Bóg się nie objawia. Nieprzypadkowo ubóstwo jest jedną z największych chrześcijańskich cnót.

Prowokacja z Pompei wstrząsnęła fundamentami myślenia niejednego człowieka. Gdy cuchnie nawóz, religijność przestaje być słodka, a życie chrześcijańskie zaczyna do czegoś zobowiązywać.

Cuda ogłaszajcie!

Obraz zawisł w pompejańskiej kaplicy, a ludzie zaczęli się przed nim modlić na różańcu. Nie wiemy, jak patrzyli na niego parafianie z Pompei, wiemy jednak, jak patrzyło niebo.

Nagle coraz głośniej zaczęto mówić, że ten brzydki obraz wylewa na modlących się rzeki łask. Zaczęto rozpowiadać o cudach. Oto pierwszy z nich: dwunastoletnia Clorinda Lucarelli cierpiała na poważną odmianę padaczki. Jeden z krewnych usłyszał o zamiarach wybudowania nowej świątyni i złożył ślub, że pomoże przy budowie, jeśli dziewczynka wróci do zdrowia. Dziecko wyzdrowiało w okamgnieniu. Podobnie inna dziewczynka, już leżąc na łożu śmierci, została przywrócona życiu za wstawiennictwem Matki Bożej z Pompei. W dniu wmurowania kamienia węgielnego pod wotywną świątynię umierający z powodu gangreny kapłan, ks. Antoni Varone, został całkowicie wyleczony z choroby, do tego stopnia, że mógł nazajutrz sprawować samodzielnie Mszę św.! 

Uzdrawiające objawienia 

Miesiąc później odnotowano uzdrowienie Giovanny Muty z zaawansowanej gruźlicy. Kiedy kobieta zawierzyła swe życie Matce Najświętszej, ujrzała przed sobą Matkę Bożą z obrazu w Pompei. Maryja patrzyła na Giovannę i rzuciła jej białą wstążkę, na której widniały słowa: „Dziewica z Pompei wysłuchała twych próśb”. W tym samym momencie kobieta doznała całkowitego uzdrowienia. 

Nie był to jedyny przypadek uzdrowienia połączonego z objawieniem. Młoda mieszkanka Neapolu, Fortuna Agrelli, cierpiała na nieuleczalną chorobę; lekarze uznali jej przypadek za rokujący tylko śmierć. 16 lutego 1884 r. Fortuna rozpoczęła nowennę różańcową w intencji wyzdrowienia. W dniu 3 marca dziewczynie ukazała się Matka Boża z Pompei, siedząca na tronie, z różańcem w dłoni. Fortuna, zachwycona Jej pięknem, zwróciła się do Niej jako Królowej Różańca i poprosiła o uzdrowienie. Maryja odparła, że nie może jej odmówić, skoro wzywa Ją tytułem tak miłym Jej sercu. Powiedziała, że aby uzyskać to, o co prosi, winna odprawić jeszcze trzy nowenny różańcowe. Dziewczyna rzeczywiście została uzdrowiona. Wtedy Matka Boża ukazała się jej raz jeszcze, mówiąc: „Kto pragnie uzyskać ode mnie łaski, winien odprawić trzy nowenny różańcowe połączone z błaganiem i trzy nowenny dziękczynne”. W ten właśnie sposób powstał zwyczaj odprawiania nowenn różańcowych: odmawiania pięciu dziesiątek świętego różańca przez kolejnych dziewięć dni. (W przypadku trzech nowenn błagalnych i dziękczynnych, o których mówi Maryja, mamy 54 dni wypełnione różańcem.)

Wkrótce „nędzny obraz” zdobiły diamenty i inne szlachetne kamienie.

Zachęta do odmawiania różańca

„Kawaler Maryi”, jak nazywał sam siebie bł. Bartolomeo, odszedł do nieba w 1926 r. Przez sześćdziesiąt lat swojej misji uczynił wiele dla propagowania różańca. Wydawał pismo Różaniec i Nowa Pompeja, głosił rekolekcje, uczył ludzi żyć na wzór ukochanej Matki Najświętszej przez organizację wielu dzieł miłosierdzia. Ale jego największym różańcowym dziełem apostolskim była świątynia, którą zbudował. Oddawano w niej cześć niezwykłemu obrazowi Maryi do 1934 r., kiedy to Pius XII polecił wybudować nową bazylikę. Tam znajduje się dziś tron Królowej Różańca. Tam dzieją się cuda, a przybywający tam pielgrzymi doświadczają, że jest Bóg na niebie i że pragnie On zamieszkać w ludzkich sercach.

źródło: Wincenty Łaszewski ŚWIAT MARYJNYCH OBJAWIEŃ 100 spotkań z nadprzyrodzonością Duchowy przewodnik po objawieniach Matki Bożej

Media

Adres

Nasz Adres:

Piazza Bartolo Longo, 1, 80045 Pompei NA, Włochy

Telefon: