Bolesna Królowa Polski

Licheń: 1850

Niedaleko Konina znajduje się jedno z najsłynniejszych polskich sanktuariów Matki Bożej. Jego historia przypomina nieco dwa inne miejsca na mapie Maryjnych objawień. Jedno już znamy: to hinduskie Vailankanni. Z drugim zapoznamy się na końcu książki – to afrykańskie Yagma i Louda. Licheń umieścił się pośrodku wspomnianych objawień – w XIX w. I podobnie jak w tamtych przypadkach także tu objawienia miały tylko służebną funkcję: miały zapoczątkować i rozwinąć kult, przez który Maryja może wylewać na ludzi niekończące się morze łask.

Uprzedźmy fakty i wyjaśnijmy pokrótce podobieństwo Lichenia do Vailankanni i Yagma i Louda. Pierwsze wiąże się z trzema różnymi objawieniami, które miały doprowadzić do powstania sanktuarium Matki Bożej Dobrego Zdrowia. Dziś to sanktuarium słynie na cały świat z licznych cudów i uzdrowień. Zaś objawienia w Burkinia Faso zostały poniekąd „wymuszone” przez pobożność i gorliwość tamtejszych mieszkańców. 

Z historią Lichenia wiążą się dwa różne objawienia, które miały na celu stworzenie wielkiego sanktuarium maryjnego. A jego zdumiewający rozwój i łaski tam otrzymywane, jest bez wątpienia owocem pobożności pielgrzymów.

Zacznijmy jednak od początku.

Objawienie pod Lipskiem

W dniu 20 października 1813 r. zakończyła się pod Lipskiem jedna z wielkich bitew, które decydowały o losach świata. W czterodniowym boju starło się ze sobą blisko pół miliona żołnierzy. Historia nazwała go „bitwą narodów”, brali w niej bowiem udział żołnierze ze wszystkich krajów Europy, w tym – po stronie Napoleona – żołnierze z Polski walczącej o wyzwolenie spod zaborów. Jednym z nich był Tomasz Kłossowski. 

Nie wiemy, czy umiał dobrze posługiwać się bronią, wiemy natomiast coś o wiele bardziej istotnego: był to nie tylko patriota, ale i człowiek niezwykle pobożny i wielki czciciel Matki Bożej. Kiedy odniósł w bitwie ciężkie rany i leżał bliski śmierci, na przepełnionym jękami konania pobojowisku pojawiała się Najświętsza Maryja Panna. Szła ku niemu, który bliski śmierci ostatkiem sił wzywał swą niebieską Patronkę, błągając, by nie pozwoliła mu umrzeć daleko od umiłowanych stron rodzinnych, jak stało się to udziałem ponad 10 tys. innych polskich żołnierzy z księciem Józefem Poniatowskim włącznie. Całował zawieszony na szyi medalik Matki Bożej Częstochowskiej i błagał o cud. Wtedy, w zachodzącym krwao słońcu ukazała się mu Maryja. Miała na łowie królewską koronę, odziana była w aramantową suknię i złocisty płaszcz, a do piersi przytulała białego orła. 

Mamy do czyniania się objawieniem „patriotycznym”, w którym Maryja ukazuje się żołnierzowi jako Królowa Narodu Polskiego. Kto wie, może ukazała się w widszeniu rónież innym konjącym, z atrybutami odwołującymi się do innych ludzich ojczyzn, niosąc innym ludziom słowa pocuechy, zapewnienie o zbawieniu, przesłanie pokoju. Annały historii tego nie odnotowały, choć znane są nam bardzo liczne świadectwa mówiące o ukazywaniu się Matki Bożej „w godzinie naszej ludzkiej śmierci”. Gdyby tak było, objawienie udzielone Kłossowskiemu jest i tak godne szczególnej uwagi. Nie tylko dlatego, że nie było to objawienie przeprowadzające wizjonera przez próg śmierci – Tomasz Kłossowski przeżył bitwę. Także nie tylko dlatego, że objawienie dotyczy ono nas Polaków – Matka Najświętsza ukazuje się z polskim orłem przy Sercu. Zwróćmy uwagę na ostatnie słowa Maryi wypowiedziane do rannego żołnierza. Zapewniwszy go, że Tomasz wyzdrowieje i powróci do ojczyzny, wyznaczyła mu pewne zadanie, któremu miał poświęcić nadchodzące lata darowanego mu przez Maryję życia. Miał odnaleźć Jej wizerunek, na którym została Ona przedstawiona tak samo jak w objawieniu pod Lipskiem. Następnie miał go umieścić w rodzinnych stronach, czyli… właśnie ziemi licheńskiej.

Maryja, pochylając się nad rannym, powiedziała: „Dobrze mi się przypatrz, abym na tym obrazie wyglądała tak, jak mnie tu widzisz. Ten wizerunek umieścisz w miejscu publicznym, w rodzinnych stronach. Naród mój będzie się przed tym wizerunkiem modlił i będzie czerpał moc łask z rąk moich w najtrudniejszych dla siebie czasach.”

W tym momencie znamy już powód, dla którego Najświętsza Maryja Panna ukazała się Kłossowskiemu, ocaliła go i sprowadziła do domu. Królowa Polski chciała mieć w Licheniu swoje sanktuarium! Czy nie widzimy tu podobieństwa do objawień w Vailankanni? 

Gdy Kłossowski powrócił do ojczyzny, stał się niestrudzonym pielgrzymem. Latami przemierzał przez polskie ziemie, odwiedzał kolejne sanktuaria i uporczywie szukał wizerunku swojej Wybawicielki. Znalazł go dopiero w 1836 r., gdy w drodze powrotnej z pieszej pielgrzymki do Częstochowy zatrzymał się w miejscowości Ligota. Uradowany zabrał ze sobą maleńki obraz Matki Bożej i czym prędzej powrócił do domu.

Tomasz przestał pielgrzymować. Kolejne lata mógł spędzić w pobliżu swej umiłowanej Matki Bożej spod Lipska. Nie dziwi nas, że początkowo nie chciał spełnić prośby Maryi, która chciała, by Jej wizerunek umieścił w miejscu publicznym, tak by i inni mogli oddawać Jej cześć. Tymczasem Kłossowski zawiesił go w swoim domu. Dlaczego? Powody, które usprawiedliwiają „niewierność” dawnego wizjonera są conajmniej dwa. Jednym jest pragnienie bycia przy tym obrazie dzień i noc; gdyby powiesił go w jakiejś kapliczce, ile czasu mógłby codzinnie przebywać przy swej Pani? Godzinę? Dwie? Trzy? Mając ją w swoim domu, miał Ją przy sobie nieustannie. Drugim powodem było być może to, iż obraz nie był szczególnie piękny. Kto wie, czy Kłossowski nie spotkał się z krytycznymi uwagami otoczenia, i czy wielu mieszkańców okolicznych domostw nie traktowało jego świętego wizerunku z lekceważeniem. Rzeczywiście, obraz był niewielki i niezbyt wielkie urody i nie bardzo nadawał się do tego, by uczynić go przedmiotem publicznego kultu. 

Był też inny powód. Obraz znaleziony przez weterana wojen napoleońskich mógł sprowadzić na ludzi surowe represje zaborcy, co gorsza, ulec konfiskacie. Trudno sobie wyobrazić, aby władze rosyjskie tolerowały oddawanie czci Matce Bożej, która na piersiach ma godło Polski, a na dole wizerunku widnieje napis: „Królowo Polski udziel pokoju dniom naszym”! Może Kłossowski uważał, że postępuje roztropnie, czekając z upublicznieniem obrazu na lepsze czasy.

Trudno nam zaglądać do serca tego człowieka, ale możemy się domyślać, że przez następne lata nękało go sumienie, wszak – ocalony przez Matkę Bożą – wypełnił tylko jedną cześć Maryjnego życzenia. Odnalazł obraz, ale nie umieścił go w miejscu publicznym. W końcu zdecydował: powiesi wizerunek Matki Najświętszej na drzewie w grąblińskiej puszczy. Jeżeli Maryja zechce, sama zatroszczy się o chwałę swego obrazu.

Od odnalezienia wizerunku minęło osiem lat. Kiedy Kłossowski zawiesił obraz na starej sośnie, jego misja skończyła się i nic więcej o nim nie wiemy. Odszedł w mroki historii, ale obraz pozostał. Czekał samotny na swoją godzinę.

Maryja i pasterz Mikołaj

Mijały niespokojne lata. Nadszedł rok 1850. W pobliżu obrazu zawieszonego na sośnie zwykł wypasać powierzone sobie stado pasterz Mikołaj Sikatka. Znający go osobiście literat, Julian Wieniawski, tak pisał o nim: „Był to człowiek wielkiej zacności i dziwnej u chłopów słodyczy. Bieluchny jak gołąb, pamiętał dawnem przedrewolucyjne czasy. Pamiętam parę generacji dziedziców i rodowody niemal wszystkich chłopskich rodzin we wsi. Żył pobożnie i przykładnie, od karczmy stronił, w plotki się nie bawił, przeciwnie – siał dookoła siebie zgodę, spokój i miłość bliźniego.”

Temu właśnie człowiekowi objawiła się trzykrotnie Matka Boża ze znanego mu grąblińskiego wizerunku. Miała na głowie koronę królewską, a przy piersi trzymała białego orła. Była smutna. Prosiła Mikołaja, by przekazał ludziom swe orędzie. Jakie? Okoliczni mieszkańcy mieli się nawrócić, przestać pić i żyć w rozpuście. Mieli powrócić do modlitwy różańcowej i świętowania niedzieli. Kapłanów prosiła o odprawianie Mszy świętych przebłaganych za grzechy ludu. Miała jeszcze jedno życzenie: chciała, by Jej obraz przeniesiono na godniejsze miejsce. Obiecała też, że gdy za dwa lata wybuchnie epidemia, ci którzy będą się uciekać do Niej i błagać Ją o pomoc przed Jej wizerunkiem, zostaną ocaleni od śmierci. Zapowiedziała też, że Jej cudowny wizerunek będzie odbierał cześć we wspaniałej świątyni, która zostanie zbudowana w Licheniu i że obok niej stanie klasztor. 

Ubogi pasterz zaczął rozgłaszać słowa Matki Najświętszej. Ale ludzie nie chcieli go słuchać. Co gorsza, jego działalność zwróciła uwagę władz carskich, które zaczęły go prześladować i więzić. 

Po dwóch latach przyszła przepowiedziana zaraza. Kiedy cholera zaczęła dziesiątkować ludność, przypomniano sobie o Maryjną obietnicę, o której zapewniał pasterz Mikołaj. Do obrazu zawieszonego w grąblińskim lesie zaczęły ściągać tłumy. Ludzie wylewali łzy przed Matkę Bożą błagając Ją o ratunek. Obchodzili obraz na kolanach i gorliwie odmawiali różaniec. Przed maleńkim wizerunkiem mnożyły się cuda: chorzy i trapieni gorączką odzyskiwali zdrowie, a konający powracali do pełni sił. Maryja okazała się wierna swym zapewnieniom o otoczeniu macierzyńską opieką każdego, kto się do Niej ucieknie.

Początek kultu w świątyni

Rozpoczyna się historia sanktuarium w Licheniu. Komisja biskupia, sprawdziwszy wszelkie fakty związane z objawieniem się Matki Najświętszej pasterzowi Sikatce, zezwoliła proboszczowi z parafii w Licheniu na przeniesienie cudownego obrazu do kościoła. W uroczystej procesji z lasu grąblińskiego do świątyni parafialnej uczestniczyły wielkie tłumy; historycy szacują liczbę uczestników na ok. 80 tys. W nowym miejscu wizerunek nie przestaje słynąć z udzielania łask tym, którzy się przed nim modlą. Do wybuchu drugiej wojny światowej w „Księdze łask” odnotowano ok. trzydzieści tysięcy różnych łask uzyskanych za pośrednictwem Pani Licheńskiej.

Zbeszczeszczone sanktuarium

Podczas okupacji kościół i plebania w Licheniu zostają zamienione na siedzibę młodzieżowej organizacji hitlerowskiej. Miejsce, w którym Maryja głosiła miłość i pokój stało się ośrodkiem wychowania młodego pokolenia w nienawiści. Na szczęście dla obrazu, w odpowiedniej chwili został on wyniesiony z kościoła i ukryty. Ale sanktuarium nie przestało manifestować swej niebieskiej mocy. Spośród wielu dowodów wystarczy przytoczyć historię Berty Bauer, wychowawczyni Hitlerjugend. Pewnego dnia na oczach młodych Niemców zaczęła strzelać do wizerunku ukrzyżowanego Chrystusa. Kilka dni później już nie żyła, zastrzelona przez niemiecki samolot… Dla okolicznej ludności, ale także dla bezbożnych mieszkańców sanktuarium był to czytelny znak: Matka Boża nie pozwoli na to, by ktoś podniósł rękę na Jej umiłowanego Syna.

Ku licheńskiej sławie

W 1949 r. opieką nad parafią licheńską roztoczyli księża marianie. Zainteresował ich maleńki obraz znowu wiszący w kościele, o którym ludzie opowiadali niekończące się historie. Duszpasterze postanowili zrobić coś pięknego dla Matki Bożej i stworzyć w Licheniu ośrodek kultu Maryjnego. Okazało się, że jednym z tych, którzy doznali łask przy wizerunku Matki Bożej Bolesnej był kleryk Wyszyński, późniejszy kardynał i Prymas Polski, który „wszystko postawił na Maryję” i który pchnął Polskę na drogę maryjnego zawierzenia. W Licheniu przebywał jako chory seminarzysta z Włocławka, możliwość wyświęcenia go na kapłana była coraz bardziej problematyczna. Ale został księdzem. Sam poświadczył, że odzyskane zdrowie zawdzięczał Madonnie z maleńskiego obrazku w Licheniu.

Na przeszkodzie stanęło prawo. Władze komunistyczne sięgnęły po każdy możliwy środek, by nie dopuścić do rozwoju sanktuarium. Zaczęły się kolegia karne, rozprawy sądowe, szykanowanie pielgrzymów. 

Sanktuarium rosło tym bardziej, im bardziej było prześladowane. W 1967 r. jego znaczenie przypieczętował wspomniany kardynał Stefan Wyszyński, który osobiście dokonał aktu koronacji słynącego łaskami wizerunku Matki Bożej Licheńskiej. Mimo wysiłków władz na miejsce tej niezwykłej ceremonii dotarło 150 tys. pielgrzymów!

Dziś miejsce to odwiedza rocznie pond milion czcicieli Matki Bożej. Przybywają do Grąblina, by modlić na miejscu objawień udzielonych pokornemu pasterzowi Mikołajowi. Klękają w nowopowstałej bazylice, w której oddają cześć cudownemu obrazowi. Nie sposób nie wspomnieć o wielkim Pielgrzymie, który pragnął odwiedzić Licheńskie sanktuarium i który stanął w nim podczas swej pielgrzymki do ojczyzny, w 1999@ r.

Miejsce to, jak w Yagma i Louda, stało się dzięki gorliwości duszpasterzy i pielgrzymów wielkim ośrodkiem kultu Maryjnego. Kto wie, czy w odpowiedzi na tyle dowodów szczerej miłości i oddania Matce Bożej, jakie okazują tu wierni, Królowa Polski wylała na to miejsce więcej łask niż „zamierzało”niebo. Bo przecież „chrześcijaństwo jest religią współdziałania człowieka z Bogiem” i im więcej ludzie zaangażują się w szerzenie chwały Matki Najświętszej, tym więcej darów zostanie udzielonych światu.

źródło: Wincenty Łaszewski ŚWIAT MARYJNYCH OBJAWIEŃ 100 spotkań z nadprzyrodzonością Duchowy przewodnik po objawieniach Matki Bożej

Adres

Nasz Adres:

62-563 Licheń Stary, ul. Klasztorna 4

Strona WWW: